Blog > Komentarze do wpisu

Zmęczeni bogowie kontra ci mniej zmęczeni

13 czerwca w naszym kraju obfitował koncertowo. W Warszawie grał Marlin Manson (ze Stone Sour) a w Katowicach Judas Priest (z Megadeth). Jako, że nie dało się zobaczyć obu koncertów to jak pisałem wybrałem Roba H. i spółkę.

Zaczął Rudy i spółka. I nie był to porywający koncert niestety. Nie było ani dobrego brzmienia, ani dobrego wokalu (to akurat dziwi najmniej) ani jakiegoś fajnego kontaktu z publiką. Ot odegrany koncert. Fajna setlista, ale jednak tylko przyzwoicie. Niby to tyko support, ale zapowiadał się lepiej.

Potem już tylko Judasi. Wiadomo, że mam do nich stosunek prawie bezkrytyczny. Priest...Live to jedna z 3,4 płyt, od których zacząłem słuchać metalu. Tym bardziej byłem ciekawy koncertu. I okazało się, że można być starszym Panem (jak Rob i Ian, bo reszta to już "młodziaki") i zagrać dobry show.

Po pierwsze brzmienie. Może nie perfekcyjne, może czasami za dużo perkusji na konsolecie i w głośnikach. Ale też bez przesady. Było naprawdę dobrze. Oczywiście uwielbiam Scotta Travisa – jeden z fajniejszych perkusistów heavy i na koncercie to potwierdził. Mam wrażenie, że w starszych numerach czasami trochę dokładał od siebie, zagęszczał trochę partie. Ale może to tylko wrażenie.

Po drugie wokal Halforda. Oczywiście, że w wieku 67 lat ciężko brać każdą górkę tak samo jak na płycie z 1991 roku (Painkiller). Ale Rob to stary cwaniak. Gdzie nie dawał rady, tam lekko zmieniał frazowanie, śpiewał delikatnie inaczej, ale mieścił wszystko tam gdzie trzeba dzięki czemu muzyka z wokalem nadal współgrała. Oczywiście im dalej w las tym bardziej było widać ile siły i talentu go to kosztuje. I trochę człowiek się dziwił, bo wryte w pamięć numery brzmiały nieco inaczej:)

Nie spotkała nas w Polsce niespodzianka w postaci wyjścia na kilka numerów Glenna Tiptona. Szkoda, ale wiadomo - choroba nie wybiera. Fani w pierwszym rzędzie mieli nawet dla niego pozdrowienia na fladze.

W sumie coś koło godziny czterdzieści - godziny pięćdziesiąt minut heavy metalowej uczty. 18 kawałków czyli tak naprawdę tylko ułamek twórczości i pewnie każdemu czegoś zabrakło. Było za to kilka kawałków nieczęsto granych na koncertach wcześniej (np. Saints in Hell). Ale naprawdę było dobrze pod względem repertuarowym.

Jak zobaczyć legendę to właśnie w takiej formie. Bawiłem się genialnie:)

A kto nie był i nie widział, ten jeszcze ma szansę.

P.S. Plotki donoszą, że Manson jest w tej chwili o jakieś 15 lat starszy niż Halford.

P.S. 2. Oczywiście że Harley był na scenie:)

poniedziałek, 18 czerwca 2018, vampyr
Tagi: Judas Priest

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: