Kategorie: Wszystkie | Recenzje | Zapowiedzi płyt
RSS
środa, 17 maja 2017

Poznański koncert w Klubie U Bazyla (14.05.2017) to taka akcja spontaniczna. Irek namawiał, ale jakoś nie byłem pewien. Wystartowałem sobie w konkursie Chaos Vault Webzine i wygrałem wejściówkę (dzięki:) ) i to już byłby wstyd nie pojechać, nie? No to pojechaliśmy.

Pierwszy band to Polska Entropia. Black/Sludge/Post-Metal. Piękne są te szufladki:) W każdym razie solidny podkład pod Oranssi to na pewno.
Kawałki Entropii nie są z tych krótkich, więc jako support zagrali chyba z 4 numery a to i tak prawie 40 minut koncertu, więc nie było mało. Solidnie, choć trochę mało "metalowo". Największy dla mnie problem w tym, że zespół nie przekonałby mnie koncertem do swojej muzyki. Słuchałem ich trochę wcześniej, zwłaszcza Vesper. I nawet nieźle odebrałem. I na koncercie parę fajnych momentów mieli. Bardzo dobrze, 3+ albo i -4 :) Można ale nie trzeba:)

Potem był amerykański Cobalt. Kurcze, nie znałem ich zupełnie. Ale napisane było że black metal grają, to myślałem - będzie fajnie. Żaden postblackmetal, żaden nublackmetal czy coś tam. Po prostu black metal. Ale nie, zupełnie nie wiem co to miało by mieć z blackmetalem wspólnego. Jakiś taki sludge czy jaki pies. I specjalnie nie zaczepiłem ucha na niczym. Ale za to okazało się, że panowie weseli są na maksa. Ich humor dane nam było docenić dopiero na występie Oranssi Pazuzu.

No i na koniec Oranssi Pazuzu. Główny tak naprawdę powód, dla którego się zdecydowałem na wyjazd. Opis ich muzyki - czyli że Psychedelic Black Metal - dokładnie oddaje to, co zostało pokazane i zagrane na scenie. Prawie 1,5 godziny chorych dźwięków. Bardzo hipnotycznych i transowych, ale momentami następowało niesamowite spotęgowanie dźwięku, który gęstniał jeszcze bardziej (choć może się wydawać, że się bardziej nie da). To jest muzyka do totalnego oderwania się od rzeczywistości. I co ciekawe w takiej dawce koncertowej po pierwsze bardzo dobrze zabrzmiało, a zapewne niełatwo taką muzykę na żywo zagrać. A po drugie koncert nie był wcale nużący, czego się właśnie obawiałem. Intensywność doznań po takim koncercie jest przytłaczająca - coś jak występ King Crimson czy Gojiry. Głowa pęka od tego co do niej fińczycy próbowali włożyć. Ale to zdecydowanie pozytywne doświadczenie.

Osobna kategoria na koncercie to bonusowy występ załogi z Cobalt. Klub U Bazyla garderoby artystów ma nad barem. I przez okna w garderobie zespoły mogą zerkać na koncert albo też pozdrowić fanów, bo wychodzą one na salę. No to Cobalt pozdrowił Oranssi i fanów swoimi gołymi dupami przyklejonymi do tychże okien. Oj pani sprzątająca w klubie to nie będzie ich kochać:)
A potem jeszcze wokalista z kolegą poszedł uświetnić bis, który zagrało Oranssi. O ile kolega wokalisty ubrany był w majtki, o tyle on sam trzymał jedynie w dłoniach butelkę wiskacza. I biegając przed Oranssi częstował nią fanów. Publika przyjęła te dodatkowe atrakcje ze zrozumieniem, a alkohol to ze zrozumieniem ale i radością:)

P.S. Fotka pokazuje, ile to trzeba mieć elektroniki, żeby te chore dźwięki Oranssi odtworzyć w miarę wiernie na koncercie. A pan gitarzysta grał na boso zapewne dlatego, żeby łatwiej paluchamy obsługiwać w te wszystkie przyciski i pokrętełka:)



P.S. Oranssi mają bardzo fajne logo!

P.S. Oraz tym razem było bardzo mało ludzi robiących zdjęcia komórkami czy relacje na żywo. Pozytywnie:)

piątek, 12 maja 2017

Pierwsza nasza taka wycieczka. Bo do Berlina w sumie blisko, ale zupełna nieznajomość języka zawsze mnie powstrzymywała przed wycieczką w tamtym kierunku. Ale jak się ma propozycję wycieczki z przyjaciółmi i trasę 200 km zamiast 500 do Krakowa, to jednak można się przekonać. Poza tym wypad ze Stachem i Boguśką rekompensował wszystko:)

Pierwsza kapela kończyła właśnie, jak się pojawiliśmy. Przyznam szczerze, że nawet nie wiem jak się nazywali. Taki pech supportu, którego nawet nie było na plakacie.

Po krótkiej przerwie zagrali Lockup. A jeszcze chwilę wcześniej ich wokalista, Kevin Sharp, stał na stoisku z merchem i chętnie pozował do zdjęć. A koncert to już gridowa napierdzielanka. Tu ciężko mówić o jakieś wirtuozerii czy fajnych solówkach:) Ale przyznam, że zaskoczyła mnie pozytywnie energia i jakość brzmienia. Kevin dość dużą część koncertu śmigał w swoim kowbojskim kapeluszu, ale pod koniec musiał go w końcu porzucić. Tempo było zabójcze:) No i radocha na twarzy Stacha tutaj była największa:)

Dla mnie najciekawiej wypadli Power Trip. Choć ciągle mam co do tej kapeli lekko mieszane uczucia. Koncert był jak płyta - dla mnie zbyt nierówny. Bo były momenty, gdzie noga sama tupała. Te takie jednak bardziej thrashowe fragmenty. Ale były momenty, gdzie nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Ale sądzę, że po prostu muszę baczniej się panom przyjrzeć i przysłuchać. Potencjał jednak widzę duży. Tym bardziej że kapela ta jest stosunkowo młoda, więc mogą jeszcze dużo osiągnąć:)

 

A potem wypadli Panowie w Brujeria i pozamiatali system:) Muzycznie każdy wie o co chodzi. Do tego dochodzi piękny hiszpański język, bandany na twarzy i plucie na Donalda Trumpa:)
Ale słuchało się tego naprawdę rewelacyjnie. Serio. Niepoważnie, wesoło choć teksty zaangażowane są podobno (moja nieznajomość hiszpańskiego się kłania). I tu też noga aż sama tupała. Tutaj najlepiej za to bawiła się Małażonka, która nie tylko tupała nogą, ale i wywijała hołubce pod sceną:)

Oczywiście jak na pierwszy raz w Berlinie przystało, coś musiało nie wyjść. Nie ogarnęliśmy czasu koncertu i ostatniego pociągu. I Napalm Death grał jak biegliśmy na pociąg. Biorąc pod uwagę, że poprzednim razem, gdyśmy ich widzieli na Brutalu, padły końcówki mocy i pół koncertu było unplugged, to nie mamy do nich szczęścia:) Ale do trzech razy sztuka, nie?:)

I nadal nie miałem okazji zobaczyć na żywo w dobrej jakości tego numeru:

A poza tym, to w 3 z 5 zespołów gra ten sam basista, czyli niezmordowany Shane Embury. Jak podaje Metal Archives kolesie z Brujeri grają też w Lockup. Ogólnie połowę koncertów obsługiwali ci sami ludzie:) Ale dla Shane'a nagroda główna - 3 koncerty, w tym jeden w bandanie na twarzy, co nie ułatwia oddychania i grania jak się domyślam:)

Oraz - jakby ktoś chciał sobie na koncercie zapalić gandzię, to częstowali pod samą sceną co chwilę:)

Oraz - A teraz szykuję się do Oranssi Pazuzu dzięki Webzinowi Chaos Vault i wygranej u nich wejściówce:) Już w niedzielę U Bazyla:)

wtorek, 04 kwietnia 2017

Może koncert nie był wczoraj, tylko dwa tygodnie temu, ale tempo życia oraz ciągłe wyjazdy (Poznań Tattoo Konwent) trochę zabierają czasu.

A byliśmy sobie z Małążonką na koncercie w Klubie u Bazyla. Niestety - koncert w środku tygodnia, do pracy trzeba iść a do Poznania też jest kawałek. Dlatego dwie pierwsze kapele (Incite, Earth Rot) nie miały szansy. Nie widziałem to się nie wypowiem.

Na Melechesh już zdążyliśmy. I w sumie nie wiem co powiedzieć. Black/Death/Middle Eastern Folk Metal jak napisane na Encyklopedia Metallum to jakiś taki dziwny gatunek, który mnie nie do końca przekonał na scenie. Trochę brakowało tych orientalnych smaczków. Występ spoko, ale dupy nie urwało i płyty też nie będę leciał kupować:)



No i gwiazda wieczoru czyli Gorgoroth. Tym razem żadnych atrakcji pozamuzycznych jak na sławetnym koncercie w Krakowie nie było :)

Że nie było jakiegoś specjalnego kontaktu z publiką? To black metal jest, tam się ze sceny nie krzyczy "pasuje?" czy coś tam. Widać takie mają podejście i tyle w temacie. Za to zagrali naprawdę bardzo solidny set. Brzmiało, grzmiało i tak było jak miało być. Faktem natomiast jest, że rozczarował nas czas trwania koncertu. Bo żeby główna gwiazda uwinęła się w godzinę (60 minut i ani chwili więcej), to jednak zostawiło sporo niedosytu. Można było więcej. Wypadało by. Ładnie grało i nagle przestało.

A sam klub, w którym byliśmy pierwszy raz - całkiem spoko. Wszędzie dość dobrze widać i słychać. Co nie w każdym klubie jest takie oczywiste. Także miejscówka klubu - prawie w centrum, ale na uboczu i bez problemów z zaparkowaniem auta - klasa. Świetny patent z palarnią. Palarnia na dworze, ale tuż przy scenie i to jeszcze z oknem. Stoisz sobie na fajku i widzisz że zespół wchodzi na scenę. Otwierasz drzwi i jesteś już na koncercie. Alegancko.

Ogólnie bardzo pozytywnie:) Widzimy się w czerwcu na Rottingach:)

piątek, 31 marca 2017

Tytuł zaczerpnąłem w całości od Hellbellas. Bo ja jestem z generacji, w której płyty się kupowało. A nie puszczało z internetu.

I w zasadzie mógłbym pod wpisem Magdy i Iwony się podpisać rękami i nogami. Ale temat jest fajny to napiszę swoje odczucia. Bo ja też jestem fanem słuchania płyt w całości. I nawet jeśli mam je w swojej komórce, to raczej w formie całego albumu. Co więcej, jako lekko technologicznie zacofany człowiek, wkurzam się, jak nie umiem sobie ustawić tej płyty tak, żeby grała mi w prawidłowej, płytowej, kolejności. Bo przecież znając cały album wiesz dokładnie co po czym następuje. Wiesz i czekasz na rozpoczęcie się tego konkretnego numeru.

A w czasach zamierzchłych kupowałem kasety magnetofonowe, bo CD jeszcze niespecjalnie były na rynku. Mój pierwszy Iron Maiden został kupiony metodą okładkową. Wlazłem do sklepu i po okładce wybrałem coś, czego nie miałem ani ja, ani kumple. Bo można się było tym potem wymienić:) A że dyskografii nie znałem i w internecie od ręki sprawdzić nie mogłem, to nie miałem pojęcia, że bierę koncert a do tego pocięty. Polska piracka firma wycięła pół koncertu, bo jej było szkoda taśmy na taki długi album:)

Poza tym jest sprawa rekompensowania sobie swojej nastoletniej biedy. Człowiek w tym kraju nie dość, że dostęp do płyt miał średni to jako młodzież szkolna niezarabiająca za dużo, nie miał kasy na to nawet co było. I teraz kupowanie sobie płyt (i jeżdżenie na koncerty) to takie wynagradzanie sobie tamtych siermiężnych czasów. Teraz mogę mieć na półkach kilkaset płyt i usiąść na kanapie i posłuchać w całości.

Płyta to okładka, to grafiki, czasem bardzo wyszukane i przemyślane przez artystów. To też czasem teksty we wkładce. Coś co daje poczucie posiadania czegoś swojego. Że o wsparciu artystów, zwłaszcza tych młodych nie wspomnę.

Bo płyta to często pokłosie fajnego koncertu. Widzisz zespół pierwszy raz i koncertowo zabili, to leci się do "sklepiku" i kupuje płytę. Kilka takich wynalazków na półce z Małążonką mamy i wcale źle nam z tym nie jest:)

Cieszy mnie też moda na vinyle. Wielu moich znajomych szaleje i kupuje masę muzyki, którą w większości i tak już mają na CD, na tym przedpotopowym nośniku. Mnie to akurat nie bierze. Ja jestem jednak fanem CD. Ale to są właśnie ludzie, którzy wierzą, że artysta tak a nie inaczej poukładał muzykę w jakimś celu. I że właśnie w takiej kolejności brzmią najlepiej:) Nie mówiąc o tym, że przy vinylu można poszaleć z okładką, wkładką i całą szatą graficzną, która czasem po prostu zabija.

Lubię też ostatnio szperać po internecie i polować na okazje. A to 5 albumów w boxie za 60 złotych, a to jakieś przeceny i przesyłki za darmo, pozwalające za 200 złotych kupić 8 płyt nowiutkich, w folii jeszcze. W tym różnych rarytasików. No po prostu sama radość:)

A poza tym, zawsze może być wesoło. Dziecko spytało jakiś czas temu, co chciałby sobie kupić jako pamiątkę z wycieczki. A ja na to, że płytę jakąś najlepiej, na przykład nowy Testament. A dziecko jak to dziecko - Tato, a po co Ci biblia?

Dobranoc się z Państwem, idę biblię posłuchać:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 332
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi