Kategorie: Wszystkie | Recenzje | Zapowiedzi płyt
RSS
poniedziałek, 18 czerwca 2018

13 czerwca w naszym kraju obfitował koncertowo. W Warszawie grał Marlin Manson (ze Stone Sour) a w Katowicach Judas Priest (z Megadeth). Jako, że nie dało się zobaczyć obu koncertów to jak pisałem wybrałem Roba H. i spółkę.

Zaczął Rudy i spółka. I nie był to porywający koncert niestety. Nie było ani dobrego brzmienia, ani dobrego wokalu (to akurat dziwi najmniej) ani jakiegoś fajnego kontaktu z publiką. Ot odegrany koncert. Fajna setlista, ale jednak tylko przyzwoicie. Niby to tyko support, ale zapowiadał się lepiej.

Potem już tylko Judasi. Wiadomo, że mam do nich stosunek prawie bezkrytyczny. Priest...Live to jedna z 3,4 płyt, od których zacząłem słuchać metalu. Tym bardziej byłem ciekawy koncertu. I okazało się, że można być starszym Panem (jak Rob i Ian, bo reszta to już "młodziaki") i zagrać dobry show.

Po pierwsze brzmienie. Może nie perfekcyjne, może czasami za dużo perkusji na konsolecie i w głośnikach. Ale też bez przesady. Było naprawdę dobrze. Oczywiście uwielbiam Scotta Travisa – jeden z fajniejszych perkusistów heavy i na koncercie to potwierdził. Mam wrażenie, że w starszych numerach czasami trochę dokładał od siebie, zagęszczał trochę partie. Ale może to tylko wrażenie.

Po drugie wokal Halforda. Oczywiście, że w wieku 67 lat ciężko brać każdą górkę tak samo jak na płycie z 1991 roku (Painkiller). Ale Rob to stary cwaniak. Gdzie nie dawał rady, tam lekko zmieniał frazowanie, śpiewał delikatnie inaczej, ale mieścił wszystko tam gdzie trzeba dzięki czemu muzyka z wokalem nadal współgrała. Oczywiście im dalej w las tym bardziej było widać ile siły i talentu go to kosztuje. I trochę człowiek się dziwił, bo wryte w pamięć numery brzmiały nieco inaczej:)

Nie spotkała nas w Polsce niespodzianka w postaci wyjścia na kilka numerów Glenna Tiptona. Szkoda, ale wiadomo - choroba nie wybiera. Fani w pierwszym rzędzie mieli nawet dla niego pozdrowienia na fladze.

W sumie coś koło godziny czterdzieści - godziny pięćdziesiąt minut heavy metalowej uczty. 18 kawałków czyli tak naprawdę tylko ułamek twórczości i pewnie każdemu czegoś zabrakło. Było za to kilka kawałków nieczęsto granych na koncertach wcześniej (np. Saints in Hell). Ale naprawdę było dobrze pod względem repertuarowym.

Jak zobaczyć legendę to właśnie w takiej formie. Bawiłem się genialnie:)

A kto nie był i nie widział, ten jeszcze ma szansę.

P.S. Plotki donoszą, że Manson jest w tej chwili o jakieś 15 lat starszy niż Halford.

P.S. 2. Oczywiście że Harley był na scenie:)

niedziela, 10 czerwca 2018

Najpierw przez wiele lat koncertowo nie udzielałem się prawie wcale. Potem zaczęliśmy z Małążonką nadganiać stracony czas, goniąc też trochę naszych wymierających idoli. Bo tyle jeszcze nie widzieliśmy, a tu zespoły się rozpadają, ludzie z zespołów umierają itp.

Potem naszła równowaga, a nawet lekki przesyt. Bo 5 czy 6 lat Brutala z rzędu robi dobrze, ale robi też wodę z mózgu. Pozwala nadgonić, ale też robi z człowieka wybredniaka.

Ale zbliżający się koncert Judas Priest to jest jednak obowiązek. Rob ma już 67 lat. Diabeł wie ile jeszcze będzie mu się chciało jeździć po świecie. A do tego nagrali naprawdę zajebistą płytę.

wtorek, 22 maja 2018

Internet to jednak diabelski wynalazek. Dlatego tak pasuje metalowcom. Kiedyś, żeby czegoś posłuchać, zwłaszcza w naszym kraju, to się trzeba było nagimnastykować. Wysyłkowe nagrywanie kaset - kto to pamięta:) Teraz jak słyszysz o ciekawej undergoundowej załodze, to szybciej znajdziesz ich płytę w sieci niż dostaniesz na CD, bo często w tej formie nawet nie istnieje.
Nie chodzi mi tu jednak o jakieś martyrologie czy wyliczanie sobie wieku. Zastanowiło mnie inne zjawisko. Ile kapel, nawet tych takich większych na metalowym poletku, nie posłuchałem wtedy, kiedy święciły triumfu (albo zwyczajnie istniały a teraz to już nie)? Albo do słuchania się nie przyłożyłem, bo nie mogłem sobie wrzucić na youtubie i powałkować żeby sprawdzić i może jednak docenić? Ostatnio naszło mnie tak z Celtic Frost. Jasne, znałem. Ale nigdy mnie nie kopnęło i nie wracałem do tej kapeli przez bardzo wiele lat. Nie miałem płyty, kasety i w internetach też już nie szukałem. Wydawało mi się, że skoro wtedy nie zacykło to nie ma co drążyć tematu. A tu ostatnio bomba. Najpierw teledysk z ostatniej płyty szwajcarów (2006 rok).

To zachęciło mnie do sięgnięcia po latach to płyt Celtic Frost. I nagle okazuje się, że mi ta muzyka siedzi jak cholera. Że będę musiał uzupełnić półeczkę z płytami. Zwłaszcza te rzeczy z lat 80tych robią wrażenie. Surowizna i mrok, o której współcześni blackmetalowcy to śnią pewnie po nocach. Czemu zatem wtedy nie pykło? Sądzę, że wtedy było to dla mnie za surowe. Wtedy jednak byłem zajadłym thrashowcem, który potrzebował trochę melodii:)
Ale uwaga ogólniejsza - trzeba cholera poszperać w starociach, którym kiedyś człowiek się nie przysłuchał należycie. Może odkryję kolejny skarb, którego kiedyś nie doceniłem (czyli olałem) albo nie posłuchałem bo nie miałem dostępu? A półka z płytami rośnie:)

wtorek, 15 maja 2018

Rok 2018 koncertowo z założenia delikatniej traktujemy. Gdzieś trzeba odpocząć a nie tak ciągle koncerty i koncerty i hałas i hałas:)

Entropia, Obscure Sphinx, Batushka to dobry rodzimy zestaw koncertowy. Niestety nie mogła się wybrać Małażonka na ten koncert i to duża strata. Co było zrobić, daliśmy radę w 5-ciu chłopa.

Entropia mnie tym razem rozczarowała. Widziałem ich rok temu w Poznaniu i okazuje się, że wtedy wypadli dużo lepiej. I nawet ciężko powiedzieć czemu. Może to ten klimat rozprężenia całej mam wrażenie publiki przed głównymi daniami wieczoru? W każdym razie pograli, pohałasowali i poszli.

Obscure Sphinx to już marka sprawdzona. Pierwszy raz widziałem w wydaniu 4 osobowym i nie dało się odczuć jakieś wielkiej różnicy. Fakt, że część gitar musiała być podegrana niczemu nie przeszkadzał. Szaleństwo Zofii Wielebnej, zgrana ekipa instrumentalna i naprawdę wypasione kompozycje - nie dało się tego zepsuć. 

Na koniec Batushka. I tu mam cały czas problem. Bo znowu było profesjonalnie, naprawdę fajne numery, dobrze zagrane ale ciągle zastanawiam się ile da się to ciągnąć w tej konwencji? Jedna płyta od 3 lat. Nowych numerów nie ma. No nie wiem. Sam koncert fajny, ale ile razy można dokładnie to samo i tak samo?

Co do ogólnych wrażeń - klub A2 bardzo dobrze, nagłośnienie baaardzo dobrze, dobre towarzystwo. Czego chcieć więcej? Więcej fajnych koncertów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 339
| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi